Publicystyka

Głupiej być nie może?

Gdy wydaje nam się, że największe głupoty już widzieliśmy i słyszeliśmy i że nic głupszego już wymyślić czy powiedzieć nie można, okazuje się, że – jak mawiał Henry Louis Mencken – nigdy nie należy lekceważyć potęgi ludzkiej głupoty.

 

W minionym tygodniu natknąłem się na dwie na tyle absurdalne stwierdzenia i koncepcje, że aż nie mogłem przejść obok nich obojętnie i niczego na ich temat nie napisać. Mowa mianowicie o pomysłach podatkowych jednego z kandydatów na urząd prezydenta Francji, Jeana-Luca Melenchona, oraz o wypowiedziach dotyczących działalności księgarń, które padły ze strony pracownic księgarni Bagatela na Pięterku w Warszawie. Zacznijmy od tego pierwszego.

 

Zdaniem Melenchona, zarabiający rocznie ponad 400 tys. euro powinni płacić… 100% podatku dochodowego! Zakrawa na swego rodzaju ironię czy też dziejowy paradoks, że nie kto inny, jak kandydat partii komunistycznej, tj. przedstawiciel ruchu ideowego zwalczającego ze wszystkich sił wszystko, co kojarzy się z wyzyskiem czy z feudalizmem, opowiada się za nowoczesną formą niewolnictwa. Czymże bowiem innym, jak pomysłem na niewolniczą pracę dla „wybrańców” jest wspomniany pomysł Melenchona? Pomijam już tutaj oczywisty fakt, że – wbrew oczekiwaniom pomysłodawcy – w ten sposób nie da się „walczyć” z rozwarstwieniem dochodowym, ponieważ prawdopodobieństwo, że ktokolwiek taki podatek by zapłacił, jest bliskie zeru. Melenchon chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, że im ktoś bogatszy, tym łatwiej jest mu na różne sposoby uniknąć opodatkowania lub najzwyczajniej w świecie zmienić rezydencję podatkową. Zamiast np. 100 x 100% z 400000 euro zarządzany przez Melenchona budżet centralny uzyskałby coś niewiele ponad 0 euro. Chytry dwa razy traci, a rzeczywistość nie funkcjonuje tak, jak arkusz kalkulacyjny.

 

Panie ze wspomnianej księgarni, w nawiązaniu do pomysłu wprowadzenia jednolitej ceny książek, twierdzą z kolei, że im coś jest tańsze, tym ludzie mniej chętnie będą dane dobro nabywali. Tańsza, przeceniona książka jest ich zdaniem produktem, który zniechęca do zakupu. Nie wiem, jak Szanowni Czytelnicy, ale ja preferuję nabywanie takiego samego produktu dostępnego w różnych miejscach w tym z nich, w którym jest on najtańszy, a nie najdroższy. Co więcej, okazuje się również, że – w przeciwieństwie do księgarń internetowych – księgarnie stacjonarne uczą klientów czytać! A ja całe dotychczasowe życie sądziłem, że naukę i umiejętność czytania zawdzięczam w pierwszym rzędzie sobie, a następnie rodzicom i opiekunom w placówkach oświatowych… Wydawać by się mogło, że osoby tak oczytane, jak pracownicy księgarni, nie powinni wygadywać takich niedorzeczności, ale, jak widać, można się nieźle pomylić i nieźle przejechać.

 

Kolejny raz okazuje się, że zdaniem niektórych gorzej znaczy lepiej, drożej znaczy taniej, trudniej znaczy łatwiej, mniej znaczy więcej, a głupiej znaczy mądrzej. Niczym w Roku 1984 George’a Orwella. Niech mnie ktoś uszczypnie!

 

Źródło obrazka

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *