Publicystyka

„Chciejstwo” nie tworzy bogactwa

Kolejny raz słychać głosy oburzenia na przedsiębiorców, którzy nie dostosowali się do wymuszonych na nich zmian dotyczących minimalnej stawki godzinowej. Kolejny raz jest to jednak oburzenie nieuzasadnione i oparte na prostactwie intelektualnym.

 

Standardowo w awangardzie bijących na alarm i denuncjujących „kreatywnych biznesmenów” znaleźli się związkowcy z „Solidarności”. Ich zdaniem uczciwi przedsiębiorcy to ci, którzy płacą wymuszone na nich przez rząd stawki 13 zł brutto za godzinę pracy, podczas gdy tymi nieuczciwymi nazywają tych (zdecydowaną mniejszość), którzy albo takich stawek swoim pracownikom nie wypłacają, albo też stosują różnego rodzaju sposoby, by „na papierze” owe 13 zł brutto za godzinę zapłacić, jednak by rzeczywista wysokość wynagrodzenia pracownika odzwierciedlała faktyczny wypracowywany przez niego zysk i by bardziej odpowiadała rzeczywistej wartości jego pracy. Tym samym uczciwy jest ten, kto nawet ryzykując bankructwem lub będąc zmuszonym do zwolnienia kilku pracowników płaci wymuszone na nim stawki, a nieuczciwym jest ten, kto stara się utrzymać na powierzchni. Czego w takim razie tym razem nie dostrzegają związkowcy i inni zwolennicy minimalnych stawek płacy za pracę?

 

Przede wszystkim nie rozumieją oni, że wbrew ich przekonaniom, czy wbrew ich wyobrażeniom, przedsiębiorcy (a już na pewno nie wszyscy) nie śpią na pieniądzach, nie „chomikują” na potęgę pieniędzy i nie wyzyskują swoich pracowników tak, by zapłacić im jedynie głodowe pensje pozwalające na minimum egzystencji, samemu zgarniając ile tylko się da. Rzecz jasna może zdarzyć się i taki przypadek, ale jest to co najwyżej promil i nie można na podstawie takich jednostkowych przypadków formułować wniosków na temat wszystkich pozostałych przedsiębiorców. W obecnych warunkach, tj. w warunkach wysokiego opodatkowania pracy, wielu szkodliwych i niepotrzebnych regulacji, wielu osobom ciężko jest w ogóle wystartować z własną działalnością, o jej skutecznym prowadzeniu nawet nie wspominając. W związku z tym nawet jeśli dany pracodawca chciałby zapłacić swoim pracownikom więcej, chociażby po to, by nie odeszli oni do konkurencji lub dlatego, że wzrasta ich wydajność pracy, wpierw musi zaspokoić niegasnący apetyt państwa i różnych jego organów i instytucji, przez co nie zostaje mu już później nic, co mógłby zatrzymać dla siebie czy rozdysponować między pracowników. To nie przedsiębiorcy są pazerni i to nie przedsiębiorcy wyzyskują pracowników: robi to państwo.

 

Samo chciejstwo i dekretowanie, że X ma zapłacić A o 1, 2, 3 lub więcej złotych nie spowoduje, że te pieniądze w jakiś magiczny sposób znajdą się w budżecie firmy. Oczywiście, w przypadku dużych korporacji i dużych podmiotów o ustabilizowanej pozycji na rynku wprowadzenie podwyżek płac może nie być problemem. Problem jednak może pojawić się w przypadku małych i średnich przedsiębiorców, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Skąd bowiem mają oni wziąć dodatkowe środki na fundusz płac, jeśli w żaden sposób nie wzrosła produktywność pracowników, jeśli nie zainwestowano w dobra kapitałowe, jeśli nie nastąpiła akumulacja kapitału, jeśli nie wzrosły obroty itp.? Skąd taki właściciel małej firmy ma znaleźć pieniądze, by dać pracownikowi podwyżkę, skoro jego zysk nie wzrósł? Podniesienie cen produktów czy usług może dać efekt odwrotny od zamierzonego, tj. spadek dochodów. Czy związkowcom i rządowi naprawdę wydaje się, że pieniądze rosną na drzewach i wystarczy pójść i zerwać ich nieco więcej, by przekazać je następnie pracownikom? Chyba aż tak naiwni nie są, ale wygląda na to, że niedaleko im do takiego poziomu. Ewentualnie chodzi im o to, by wielkie firmy nie miały konkurencji w postaci mniejszych firm już istniejących oraz by nowe małe firmy praktycznie nie miały możliwości pojawić się na rynku. Wówczas faktycznie miałoby to jakiś „sens”.

 

Jeśli związkowcom z „Solidarności” marzą się wysokie płace nawet dla pracowników niewykwalifikowanych, wykonujących proste i nieskomplikowane prace, to zamiast wymagać, aby przedsiębiorcy wyczarowywali dodatkowe środki na realizację ich zachcianek, powinni raczej naciskać na rząd, by ten zwiększył kwotę wolną od podatku, zderegulował rynek pracy, obniżył przymusowe podatki na ZUS czy na inne przymusowe państwowe świadczenia, pozwalając tym samym na znaczną redukcję tzw. klina podatkowego. W rezultacie pracownik otrzyma faktyczną zapłatę za swoją pracę zamiast fikcji, jaką jest dzisiejsza płaca netto. Dopiero wtedy, gdy umożliwi się przedsiębiorcom akumulację kapitału i dodatkowe inwestycje, możliwym będzie zwiększenie realnych stawek płac (zakładając, że państwo z bankiem centralnym nie będą na potęgę dodrukowywały nowych pieniędzy, powodując inflację) i stopniowe podnoszenie standardu życia nawet tych najmniej zarabiających.

 

Zapewne każdy z nas chciałby lepiej i więcej zarabiać. To zrozumiałe i nie widzę w tym niczego złego czy niczego nadzwyczajnego. Sęk w tym, że drogą do tego stanu z całą pewnością nie jest odgórne ustalanie przez rząd stawek płac.

 

Źródło obrazu: Wikimedia

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *